W Villa de Leyva tak nam sie spodobalo, ze zachcialo nam sie pobyc jeszcze troche w gorach, przyjechalismy wiec do znanego z licznych agencji turystycznych San Gil (skoro sa agencje, to musza byc i atrakcje!).
W San Gil okazalo sie, ze wlasciwie to nic tam nie ma. Oczywiscie sa wysokie gory, ale nie w takiej odleglosci, zeby mozna w nie po prostu pojsc, a agencje organizuja glownie zabawy pseudosportowe i sportowe: zjazdy na tyrolce, rafting, loty na paralotni, itp. Spedzilismy wiec w San Gil tylko jeden dzien, w trakcie ktorego odwiedzilismy jedyna prawdziwa atrakcje tego miasta - naturalny park El Gallineral oraz pobliska wioskę Barichara.
Park jest cudowny! Po polgodzinnym marszu przez to jak zwykle brudne, smierdzace spalinami i megahalasliwe miasto wejscie do parku odczuwa sie jak teleportacje do innego swiata. Cisza, spokoj, ptaki spiewaja, gesta roslinnosc i puste alejki. Co prawda daleko temu miejscu do dzikosci, ale moim zdaniem i tak przebywajac w nim mozna nabrac sily do zycia. Dodatkowa atrakcja sa mieszkancy parku: paw, papugi male i duze i inne zwierzeta.
Barichara z wygladu przypomina Villa de Leyva, jest to malutkie spokojne miasteczko, a raczej wioska, z bialymi domkami. Na ulicach jest chyba jeszcze bardziej pusto... Ale najwazniejszy jest widok, kiedy dojdzie sie do konca wzgorza, na ktorym Barichara jest polozona. Po prostu MA-SA-KRA. Naprawde rzadko sie widzi cos takiego w zyciu, dla tego widoku warto sie tluc do tej wioski. Jest przepieknie!
Po San Gil chcielismy pojechac do parku narodowego El Cocuy, ale mimo, ze na mapie wydaje sie on byc bardzo blisko, to okazalo sie, ze to bite 10h drogi i ze trzeba wracac 5h do Tunja, przez ktora juz przejezdzalismy. Zdecydowalismy wiec, ze czas na cos nowego - Wenezuele!!!